Martwe płody w przestrzeni publicznej

Archiwum fundacji Pro-Life
Pierwszy raz z problemem, który niżej opiszę spotkałem się już około roku temu. Spacerowałem wówczas po toruńskiej starówce ze swoją dwuletnią córeczką, i nagle oniemiałem. Córcia w wózku, ja tuż przy nim, patrzyliśmy nie na piękne toruńskie zabytki, ale na drastyczne zdjęcia porozrywanych, okrwawionych płodów, wyzierających na nas z bannerów grupy Pro-Life, która w taki właśnie sposób postanowiła powalczyć o zapobieganie aborcjom.

Toruńska starówka to miejsce tyle magiczne, ile na niej turystów i wydarzeń. Magistrat podaje, że w ciągu roku Toruń odwiedza już około 2 mln turystów! To już ponad 10 razy więcej niż nasze miasto liczy mieszkańców. Każdy z nich miał więc okazję spotkać się z wielkimi żółtymi bannerami prezentującymi okrwawione fragmenty płodów doskonale kontrastujące z czerwienią "gotyku na dotyk".



W czym jednak problem? To dość proste. W tym, że prezentowane treści są drastyczne, a małe dziecko, 2-3-4 letnie nie umie ich zrozumieć, pyta co to, zapamiętuje, miewa koszmary... kiedy telewizja, nawet internet, przed takimi treściami małe dzieci chronią, tak przestrzeń publiczna już nie. Jak się bowiem okazuje, wystarczy wysłać do Urzędu Miasta zawiadomienie i... można pokazać wszystko. Choć zapewne prawie wszystko, bo jakoś nie sądzę by bannery pełne nagich piersi długo się na starówce ostały. Tu jednak dygresja i pytanie — w jakich czasach my żyjemy, że ludzi oburza matka karmiąca dziecko piersią na miejskiej ławeczce czy w centrum handlowym, a już pikieta pełna drastycznych zdjęć okrwawionych fragmentów płodów już jest dopuszczalna i prawo wobec tego jest bezsilne?


Problem narasta, nabrzmiewa. Miasto... umywa ręce, mówiąc kolokwialnie "nic nie możemy". I z punktu widzenia prawa owszem, nie wiele tu można zrobić, ale już jako gospodarze przestrzeni publicznej mają nie tylko prawo, ale i obowiązek, dążyć do rozwiązania w/w problemu. Tymczasem Prezydent Torunia, ustami swej nowej rzeczniczki Anny Kulbickiej-Tondel mówi: "Porządek publiczny nie jest naruszany, nie można mówić o zagrożeniu zdrowia ludzi czy mienia w znacznych rozmiarach". Pan Prezydent ma już dzieci dorosłe, pewnie ma już całkiem spore wnuki, i chyba urwał mu się kontakt z rzeczywistością. W jaki sposób można dojść do wniosku, że narażenie małych dzieci na widoki tak drastyczne nie powoduje u nich szkód, nie naraża ich zdrowia (tu psychicznego). Czy w mniemaniu Prezydenta jedyne zdrowie jakie może zostać narażone to to fizyczne? Bo działacze Pro-Life nie rzucają kostką brukową to wszystko jest w porządku?

Pikiety Pro-Life organizowane są już nie tylko w weekendy, także w dni powszednie. Nie tylko na starówce, ostatnio także pod szpitalem wojewódzkim. I warto przy tej okazji powiedzieć o roli Straży Miejskiej i Policji. Raczej o roli tej braku. Ani Straż Miejska, ani Policja, nie podejmują żadnej interwencji. Kiedy zaś wpływa do nich zgłoszenie naruszenia porządku publicznego w wyniku prezentacji w/w treści i obrazów cytować zaczynają statystyki, że w innych miastach sądy to umarzały, więc... oni nic nie mogą. Tajemnicą Poliszynela jest fakt, że pikiety "ochraniane" są przez młodych, na krótko wygolonych, kibiców lokalnej drużyny piłkarskiej, którzy tylko czekają, aż ktoś podejdzie z protestem zbyt blisko...

Część niezadowolonych z takiej sytuacji osób wzięło sprawy we własne ręce, powstała petycja online, która kierowana do władz Torunia wzywa do podjęcia działań w sprawie tych bannerów, dziś ma już ponad 450 podpisów (i szybko ich przybywa), jedna z inicjatorek akcji, Natalia Waloch-Matlakiewicz, mówi zaś wprost: "Niech głoszą swobodnie swoje poglądy, niech zbierają podpisy, ale niech nie gwałcą wszystkich, łącznie z dziećmi, przez oczy. Stop drastycznym zdjęciom zakrwawionych płodów na Starówce. Podpisujmy!” I właśnie, żeby było jasne, problemem nie jest to, że przeciwnicy aborcji zbierają jakieś podpisy, czy z aborcją walczą. Chodzi tylko i wyłącznie o to w jaki sposób to robią. Chodzi o to na co narażają dzieci, które widząc takie obrazy zaczynają się bać. Problem podnosić już zaczęły również toruńskie media. Miasto dalej umywa ręce.

Petycja została już jednak zauważona przez Pro-Life i ich stronę, na której w komentarzu do niej napisano: "Przedstawianie prawdy nie podoba się jednak lokalnym środowiskom lewicowym i feministycznym, które starają się za wszelką cenę utrudnić zbiórkę podpisów oraz pikiety. Jedna z działaczek lewicowych skierowała do władz miasta petycję o interwencję dotyczącą zaprzestania pokazywania przez Fundację Pro - Prawo do Życia drastycznych zdjęć na terenie Starówki. Jak widać, lewicowa wolność zezwala na dokonywanie zabójstw w imię tak zwanych praw kobiet, ale na prezentowanie ich skutków już nie." Działania wokół petycji nazywają próbą cenzury.

Oczywiście wypowiadają się również politycy, z różnych stron. O ile jedni protest popierają i chcą szukać dialogu i porozumienia w celu zaprzestania epatowania takimi obrazami, tak drudzy wydają się być oderwani od rzeczywistości, szczególnie radny PiS Karol Maria Wojtasik, który na pytanie o problem stwierdził, że to nie zdjęcia są drastyczne, a "proceder, który jest praktykowany. Mianowicie: odbieranie istotom ludzkim, poczętym, nienarodzonym prawa do życia. Poprzez takie akcje pokazuje się to, co tak naprawdę się dzieje podczas aborcji." Na tym jednak nie kończy. W dalszej części swej wypowiedzi zaczyna tłumaczyć zasadność całej akcji swoją tragiczną historią przedwczesnej śmierci nienarodzonego dziecka. Przekuwa bardzo smutne i przykre wydarzenie w argument za działalnością fundacji, która naraża małe dzieci na oglądanie dramatycznych obrazków. Pytany czy 5-10 latki mogą takie rzeczy oglądać odpowiada "5-latek, by tego nie oglądał, gdyby jego rodzice byli bardziej świadomi i nie dokonywali takiej bezrefleksyjnej decyzji". Komentarz wydaje się być zbędny.

Jest mi wstyd i przykro, że władze mojego miasta nie potrafią poszukać pozaprawnych możliwości rozwiązania szybko narastającego i eskalującego problemu. Że niemalże unisono brzmią w swej retoryce z działaczami Pro-Life, którzy wspólną przestrzeń publiczną mają za nic. Którzy godzą w wolność innych osób, sami wolności tej się domagając.
Trwa ładowanie komentarzy...